Skąd ty, dziewczyno, bierzesz dwie godziny dziennie, żeby medytować? – zapytała mnie Bianka, pracująca mama bardzo aktywnej dwulatki. Trzy lata temu zadałabym to samo pytanie każdej osobie, która żyje poza klasztorem.

Obecnie przeznaczam prawie codziennie do dwóch godzin na medytację mindfulness. Po co? Bez dłuższej medytacji czuję się tak, jakbym nie umyła zębów. Niby nic wielkiego, ale dyskomfort i poczucie zaniedbania pozostaje. Jeśli następnego dnia będę myła zęby o piętnaście minut dłużej, to nie zniweluje to zaniedbania. Regularność daje najlepszy efekt.

Ponad rok temu planowałam rozwój swojej praktyki medytacyjnej. Oprócz siedzenia na poduszce mam zawsze w planie dnia: pracę zawodową do wykonania, listę sprawy do załatwienia, stos e-maili do przeczytania, naukę (obecnie uczę się języka niemieckiego), cyklicznie powtarzające się obowiązki domowe oraz ćwiczenia sportowe. Jak to poukładać, żeby się zmieściło w dobie? Trudne zadanie.

Wiele poradników radzi wstać wcześniej, ale w moim przypadku ze snem jeszcze nic nie wygrało. Nawet wizja nie powtórzenia materiału do sprawdzianu z chemii (na samo wspomnienie profesorki z liceum brzuch mi się samoczynnie ściska) nie potrafiło mnie wyciągnąć z łóżka przed 7:00. Rano każdy argument w sposób tajemniczy traci moc. Ani ze snu, ani z niczego innego nie chciałam zrezygnować.

Zostały ćwiczenia fizyczne, bez których moje ciało się kurczy i usztywnia. Od ponad roku regularnie biegam kilka razy w tygodniu po 8 kilometrów. Postanowiłam zmodyfikować uprawianie sportu tak, żeby móc jednocześnie medytować. W pierwszej kolejności zrezygnowałam ze słuchania muzyki, audiobooków oraz towarzystwa innych biegaczy. Postanowiłam być sama ze sobą bez rozpraszaczy.

Następnie zaczęłam słuchać nagrania z prowadzoną medytacją, ale słuchawki sztucznie odcinały mnie od świata. Zdecydowałam się na prostą obserwację oddechu przez 50 minut. Niestety zaczynałam go kontrolować i zaczynało mi brakować tchu, co bardzo utrudniało bieganie.

Ostatecznie po tygodniach prób stworzyłam swoją strukturę biegania, korzystając z różnych medytacji mindfulness.

  • Pierwszy kilometr biegnę z obserwacją tego, jak się dzisiaj mam oraz co nowego w przyrodzie. Biegam przeważnie tą samą trasą każdego dnia, więc obserwuję zmieniające się łąki, lasy i parki.
  • Drugi kilometr biegnę z obserwacją mojego oddechu oraz tego, jak wyznacza on rytm mojemu biegowi. Bardzo łatwo jest go usłyszeć.
  • Podczas trzeciego kilometra koncentruję się na swoich stopach i ich zmieniający się kontakt z podłożem. Obserwuję, jak odbijam się od ziemi i na niej ląduję.
  • Czwarty kilometr przeznaczam na bodyscan. Podczas szybkiego ruchu w ciele bardzo dużo się dzieje.
  • Piąty kilometr jest o słuchaniu i widzeniu tego, co przede mną, raczej się nie rozglądam dookoła.
  • Szósty kilometr to obserwacja myśli. Jestem wówczas już dosyć zmęczona, więc głównie pojawia się myśl, że już nie dam rady albo, że jeszcze tak daleko do domu. Żadne błahe sprawy mnie już wtedy nie zajmują.
  • Siódmy kilometr jest o obserwacji emocji i uczuć, przeważenie euforia przemieszana z uczuciami, że jest bardzo ciężko.
  • Ósmy kilometr jest o obserwacji wszystkiego tego, do czego przykleja się moja uwaga.
  • Kończę bieg krótką medytacją metta.

W medytacji w biegu łatwiej mi skupić uwagę oraz zdecydowanie łatwiej czuję swój oddech oraz ciało niż siedząc w bezruchu. Wspiera to też moje bieganie, gdyż lepiej czuję, co się dzieje z moim ciałem, kiedy jest nadwyrężone, a kiedy może przyspieszyć.

Ta praktyka stała się bardzo ważną częścią mojej medytacji i kontaktu nie tylko ze sobą, ale także z przyrodą, w której żyję. A co najważniejsze, zaczęłam zapraszać medytację do mojego pozaklasztornego życia, które przez 23h nie toczy się na poduszce medytacyjnej.


Kamila Sidor, certyfikowana nauczycielka MBSR

%d bloggers like this:

Zapis na Pauzę

Wyrażam zgode na przetwarzanie moich danych osobowych.

FreshMail.pl